Głuchoniemi chrześcijanie! Otwórzcie się! (23 Niedziela ...

Do jednego ze sklepów weszła pewna kobieta. Czy przypadkiem nie zostawiłam u pana parasolki?”
- zapytała. Kilka dni wcześniej kupowałam coś i zapomniałam jej zabrać.
“Owszem” – odparł sprzedawca.
Pani podziękowała serdecznie, a potem z uśmiechem dodała:
“Pan to przynajmniej jest uczciwy! Pytałam już chyba tuzin osób,
czy zostawiłam u nich tę parasolkę i każdy odpowiadał, że nie!”

Dziś w Ewangelii staje przed nami Jezus, do którego przyprowadzają człowieka głuchoniemego, aby położył na niego rękę. A Jezus przywraca mu słuch i mowę. Dwa najważniejsze zmysły, przez które człowiek komunikuje się ze światem i wyraża siebie. Byli sparaliżowani, byli trędowaci, byli umierający, dziś staje człowiek głuchoniemy, może nie wydaje się wobec tamtych sytuacji i doświadczeń to takie straszne, czy bolesne, ale to doświadczenie jest straszne. Nieraz ktoś używa dziwnego argumentu: dlaczego ksiądz to mówi i tak uczy, skoro ksiądz nie doświadczył in nie wie, jak to jest. Słaby argument, bo wiedza, doświadczenie, mądrość życia i wczucie się to zupełnie różne płaszczyzny. Ale dziś jakby na przekór takim argumentom mogę powiedzieć, że wiem jak się czuje się człowiek głuchoniemy, może na chwilę, przez kilka tygodni, ale wiem, kiedy po trepanacji czaszki i operacji głowy z racji guza mózgu i potem udarze mózgu przez pewien czas nie mówiłem a do dziś częściowo za dobrze jeszcze nie słyszę. Jak było ciężko, kiedy człowiek nie mógł wyrazić siebie, nic powiedzieć, usłyszeć, nic nie czuł i normalnie nie słyszy do dziś. A wspominam te osobiste doświadczenie w prawie rok po operacji i waszej modlitwie 8 września kiedy się odbywała. Dziękuje Bogu za dar życia, nową szansę, Maryi za opiekę i wam jeszcze raz za modlitwę wtedy i teraz. I jest mi bliska ta scena z dzisiejszej Ewangelii i mogę sobie wyobrazić, wiem co czuł człowiek, kiedy zaczął mówić i słyszeć, czego nigdy nie robił, bo wiem że u mnie to było wobec niego stosunkowo krótko i człowiek cieszył się jak dziecko, że mówi, że z czasem się uśmiecha, coś słyszy. I jak bardzo chce wszystko dobrze słyszeć: rozmowy, ludzi, muzykę i jak się męczy gdy nie może czasem zrozumieć, co ktoś mówi. I nie można wyrazić siebie, myśli, uczuć, chociażby radości. I naprawdę się cieszyłem, jak ten człowiek z Ewangelii, bo taki człowiek głodny jest słowa i dźwięków. I rozumiem go, że nie mógł się powstrzymać i gadał o Bożym darze zdrowia, otrzymując go od Jezusa. Bo ktoś tak beznadziejnie chory, kiedy dostanie łaskę i szansę zachłanny jest życia, bo wie, co znaczy to wszystko stracić. Ja też dziękowałem i nie mogłem się nacieszyć. Oby nikt z nas nie musiał doświadczyć z tego powodu radości otwarcia na świat mową i słuchem. Ale podobną radość przeżywa człowiek, który zamknięty jest na Boga uchem i ustami i doświadczy Bożej mocy i łaski Effatha: tego Bożego otwarcia na Boga. Bo Jezus pragnie otwierać ludzkie uszy i usta na słowa Boga. I przyznajmy, jak często ludzie nie słyszą tego co mówi Bóg i nie potrafią o tym mówić. Jest lęk, by oddać się uzdrawiającej mocy Boga, by powiedzieć, niech Twoja wola się stanie, bo może okazać się, że mi ta wola nie pasuje. Jak dużo asekuracji w tej naszej wierze, że Boże masz rację, masz prawdę, masz mądrość, ale ja boję się, że sobie nie poradzę, jak Cię posłucham. I dlatego słyszymy dzisiaj w I czytaniu słowo Boga: Odwagi, nie bójcie się! Nie bójcie się mojej nauki, mojej woli, mojej miłości. Nie bójcie się świata, iść na przekór tym, którzy są głusi i niemi są przed Bogiem. Nie bójmy się tego powiedzieć, ale jak często jesteśmy głusi i niemi i potrzebujemy Chrystusa, by nas dotknął. Słuchamy, ale nie słyszymy: zmęczenie i nasze myśli gdzieś tam, przy kłopotach i problemach, pamięć zawodzi przeładowana mnóstwem spraw i zamiarów, bo tak jest, że nie skupiony za chwilę człowiek nic nie pamięta, poza stwierdzeniem: ciekawie – nudno, długo – krótko, brak odzewu, bo w świątyni i Bóg i Kościół mówi i prosi, a wielu uważa, że to zapewne do innych a nigdy nie do nas. Głusi jesteśmy bo przeszkadza starość i brak sił, człowiek jakby swoje, jest jak jest i niech tak będzie, przeszkadza młodość, która ciężko słucha nie tylko bliskich i straszych: zmysły bodźce i potrzeba wrażeń. Nie słyszymy bo łatwiej. Nie słyszymy, bo zagłusza nas hałas świata, wielość idei i potrzeb. Nie słyszymy bo słuchamy siebie i o siebie się martwimy. Słyszymy to co wygodne i przyjemne. Ale i z mówieniem mamy problem. Jak ciężko porozmawiać rzeczowo i mądrze o Bogu, wierze i Jezusie. Nagle blokada i milczenie. Lęk bądź wstyd, bo obok usłyszą. Nie mówiąc że w świątyni  nie każdy chce otworzyć usta, by jak ten wyzdrowiały wielbić Boga. I coś w tym jest, że wolny i otwarty człowiek wielbi Boga a zamknięty na Boga, w grzechu, jakimś wewnętrznym odrętwieniu często ma problem by wielbić go modlitwą w sercu i liturgią na zewnątrz oddać mu ustami chwałę. I albo stoi albo boi się albo krępuje. To widać na pogrzebach bądź ślubach, gdzie do tradycji przyznaje się wielu, wielu stoi i na Mszy św. cisza, kiedy należy odpowiedzieć wiarą, ale i u Komunii prawie nikogo. Warto sobie przypomnieć w tym miejscu, że Mszy św. nie wystarczy wysłuchać ale mamy w niej czynie uczestniczyć. Szczególne jest drugie czytanie. Wydaje się jakby nie pasowało do liturgii: niech nikt nie ma względu na osoby i to co dalej zawiera. Ale jest potrzebne w praktyce życia społecznego i pomaga zrozumieć zapomnianego ducha chrześcijańskiego. Bo człowiek inaczej słucha tych, co na pierwszy rzut oka wydaje się, że na więcej mogą się przydać i coś ofiarować, a głuchy jest na tych co niewiele mogą i nie ma interesu. I my może uważamy się często, słusznie bądź nie, za ubogich w wierze, jak mówi dziś Pismo. Ale trzeba dodać, że ten słuch majętnych i mających wiele jest bardzo często mocno  przytępiały na sprawy ludzkie i Boże ze względu na posiadanie i troskę o te dobra. Zamknięci w sobie i dostatku wydają się głusi na słowo: wrażliwość społeczna i poczucie sprawiedliwej proporcjonalnej i adekwatnej do możliwości ofiarności i pomocy. Im więcej człowiek ma, tym więcej powinien dostrzegać potrzeby innych, a okazuje się że bardziej narzeka, że jednak ma mało i coraz bardziej boi się, że może to utracić, czy mieć mniej. I wtedy się izoluje i nie słyszy. I im więcej mogłby pomóc tym serce staje się twardsze i trudniej sprawiedliwie się zatroszczyć o innych. I często mówi się, że wielu powodzi się coraz lepiej, ale wcale to nie oznacza, że więcej potrafią się podzielić czy ofiarować, a nawet jest na odwrót. Bo trzeba słyszeć w sobie Boga. Wspomniałem o swojej fizycznej zamknięciu, bo jak bardzo czyni taka choroba człowieka ograniczonym, smutnym i zamkniętym, tak też człowieka smutnym i pozbawionym sensu życia czyni zamknięcie serca na Boga. I nie wie taki ktoś się skąd i co się mówi. I człowiek się domyśla. I przeinacza prawdę. A jak źle słyszy to i źle dalej mówi. Może dziś trzeba przekonać się, ile daje radości otwarcie na świat ludzi i świat Boga. Ofiarowanie, danie, podarowanie. Jest tyle możliwości pomocy, ale człowiek nie słyszy. Możemy tu stać: ale okazać się głusi i niemi. A przykład na początku kazania był po to, że niedaleko nam do tej pani: Nie słuchamy innych tylko przyjmujemy to co chcemy usłyszeć i nam pasuje. Dziś kolejne spotkanie z Jezusem. Masz otwarte uczy serca i usta duszy? Może nie? Nie bój się! Może doświadczysz tego cudu: Effatha, to znaczy otwórz się i może poczujesz radość prawdziwej wiary i wolność duszy? Masz dobry słuch? Różnie z tym fizycznym bywa. Ale czy naprawdę słyszysz… w sercu, co Bóg do ciebie mówi?




promujemy